28.04.2014

[GTOP] Błąd, za którego popełnienie grozi kara śmierci?


Muzyka: Swings - Bulldozer



1.

To był naprawdę nudny, pozbawiony jakichkolwiek wiadomości dzień. Trudno było inaczej wytłumaczyć eksplozję zainteresowania mediów jego drobnym błędem w okolicznościach wypadku. 
- Nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać motywy, dla których ludzie zabijają, ani sposoby w jakie to robią - wyjaśnił krótko, jakby nieco zmęczonym głosem i upił łyk gorącej jeszcze kawy.
- Co ma pan na myśli? - spytał zaintrygowany reporter. Siedzieli naprzeciw siebie, a na stoliku między nimi stał mały dyktafon. Profesor nikogo nie wpuszczał do swojego domu, dlatego też uważał, że jego niespodziewany gość powinien być zaszczycony tym wyróżnieniem. 
- Naprawdę pan mnie nie rozumie?
Wygląd profesora był zagadką nie do rozwiązania. Przypuszczano jednak, że miał około stu pięćdziesięciu centymetrów wzrostu i nosił ubrania, w które wcisnęłaby się przeciętna kobieta. Wiek również nie był dokładnie znany. Ze względu na jego osiągnięcia ludzie dawali mu z jakieś sześćdziesiąt lat. Mężczyzna był chodzącą tajemnicą i nawet niektórzy zaczęli się zastanawiać nad tym, czy on naprawdę był tym za kogo się podawał i wszyscy go uważali. W końcu czego nie robiło się dla sławy. 
- Niech pan już wyjdzie. Chcę odpocząć - niemalże rozkazał, wpatrując się w ciemną przestrzeń przed sobą. 
- Ale profesor nie odpowiedział jeszcze na kilka ważnych pytań! - niepotrzebnie podniósł głos, co zirytowało doktora.
- Niech pan wyjdzie - oznajmił ostrzej. Młody chłopak zaczynał go już powoli denerwować. Profesor tak naprawdę nie wiedział po co go wpuścił. Zrozumiał, że to był jego kolejny błąd i jakoś specjalnie zadowolonym z tego faktu nie był. Nie potrzebował go i chciał się jak najszybciej pozbyć.
- Dobrze. Wyjdę, ale tu jeszcze wrócę - powiedział hardo i wstał z przez kilka minut zajmowanej przez siebie kanapy. 
- Jest pan bardzo mile widziany, naprawdę - oznajmił z sarkazmem.
Młodzieniec spojrzał w miejsce, w którym najprawdopodobniej znajdował się profesor. W pokoju było ciemno i tylko mała, stojąca gdzieś przy drzwiach lampa oświetlała niewielką część salonu. Doktor nie lubił światła i nie przepadał za towarzystwem. Wolał książki, filmy i przesiadywanie w laboratorium. Nienawidził również wychodzić z domu, bo przez to jak żył był ciągle nękany, z ukrycia fotografowany i proszony o kilku minutowe wywiady, czego miał już naprawdę dość. 
- Do widzenia - po wzruszeniu ramionami, odwrócił się w kierunku wyjścia z salonu, przy którym stał wysoki, białowłosy, ubrany w czarny garnitur mężczyzna. Młodzieniec na początku go nie rozpoznał, jednak tuż po chwili przypomniał sobie, że był to ten sam mężczyzna, który otworzył mu drzwi i pozwolił wejść do środka. Nie wiedział jednak, że to wszystko działo się za zgodą profesora, który był panem tego domu. Kiedy chciał już pójść, elegancki mężczyzna wyciągnął swoją rękę i zagrodził mu wyjście z pokoju. Chłopak przeniósł na niego swoje przerażone spojrzenie, bo nie wiedział, dlaczego został zatrzymany. W końcu sam doktor chciał, żeby sobie poszedł. 
Nagle w tle można było usłyszeć głos profesora.
- Oddaj dyktafon. 
Ciało młodego chłopaka obiegł nieprzyjemny dreszcz, a złośliwy uśmiech białowłosego sprawił, że miał ochotę stamtąd uciec. Tak też zrobił. Oddał wszystko, co miał i wybiegł z domu, trzaskając głośno drzwiami. Po chwili można było usłyszeć kolejne słowa profesora.
- Jak myślisz, - zamilkł na chwilę. - wróci tu jeszcze? - spytał, ale nie ruszył się z miejsca. 
- Nie wiem, panie, ale wszystko jest możliwe - oznajmił ze spokojem. 
- Rozumiem - doktor westchnął i dodał po chwili. - Mógłbyś zapalić światło? Chciałbym dokończyć lekturę - wytłumaczył, mimo że nie musiał tego robić. 
W pomieszczeniu zapanowała jasność, która na chwilę oślepiła profesora. Pokój był w ciemnych odcieniach czerwieni i brązu. Szczelnie zamknięte okna były zasłonięte bordowym materiałem. Sam salon był wyposażony w trzy regały książek, bujany, nieużywany fotel, kilka mniejszych i większych donic z kwiatami, biurko, wiszący na ścianie telewizor plazmowy, a na samym środku znajdowała się czarna, wygodna kanapa i okrągły, szklany stolik, przy którym siedział młody, niepełnosprawny profesor. 
- Dziękuję - na jego twarzy można było dostrzec szeroki uśmiech, który sprawiał, że niejedna osoba miała go ochotę szczerze odwzajemnić. Kwon Jiyong był uzdolnionym, dwudziestopięcioletnim miłośnikiem medycyny sądowej. Całym tym zainteresowaniem zaraził go świętej pamięci dziadek, który był jednym z najbardziej znanych ekspertów z tej dziedziny. Stąd też te niemałe zainteresowanie młodym wtedy jeszcze Jiyongiem. Każdy chciał się dowiedzieć jaki był naprawdę, ale osoby, które pracowały dla dawnej głowy jego rodziny, cały czas go pilnowały. Starano się, aby udzielano o nim jak najmniej zbędnych informacji. Chciano w ten sposób uniknąć niepotrzebnych skarg, konfliktów czy innych problemów.
- Napiłby się pan herbaty? - spytał lokaj, przez co na twarzy profesora po raz kolejny pojawił się nikły uśmiech.
- Ile razy muszę jeszcze powtórzyć, żebyś w końcu zrozumiał, że kiedy jesteśmy sami masz się do mnie zwracać jak do starego, dobrego kumpla?
- Nie powinienem.
- Powinieneś, bo to w końcu mnie masz słuchać - gestem ręki pokazał wciąż stojącemu przy drzwiach białowłosemu, że ma do niego podejść. Seunghyun tuż po chwili się przy nim zjawił i skrzywił się, kiedy profesor rozczochrał mu włosy. - Jesteś tylko rok ode mnie starszy. Nie chcę być dla ciebie panem czy profesorem, tylko tym Jiyongiem z dzieciństwa, dobrym kumplem i przyjacielem, z którym się wygłupiałeś i kradłeś lizaki ze sklepu kilka ulic dalej - zaśmiał się cicho. Na twarzy Tabiego również pojawił się uśmiech i nawet przez krótką chwilę tak jakby odizolował się od rzeczywistości oraz zaczął przypominać sobie, jak to kiedyś było.
- Ji? - uchylił drzwi i zajrzał do środka. W pomieszczeniu panowała ciemność i z początku mogłoby się wydawać, że nikogo w nim nie było. 
- Tutaj - powiedział cicho. Starszy chłopak zapalił światło i spojrzał w stronę miejsca, skąd dobiegł głos. Blondyn siedział na łóżku, wpatrując się w ścianę przed sobą, a na jego kolanach leżała gruba, otwarta gdzieś mniej więcej w połowie książka. Seunghyun zamknął za sobą drzwi i usiadł obok chłopaka. Oparł się o granatową ścianę jego pokoju i zerknął na to, co czytał. 
- Co tam masz? 
- "Przydrożne krzyże" Jeffery'a Deaver'a.
- A o czym to? - spytał zainteresowany.
- O tym, jak niewinna zabawa na portalach społecznościowych, typu nasza klasa czy facebook, może się zamienić w koszmar - wytłumaczył w skrócie i spojrzał na niego kątem oka. Choi skinął z podziwem głową. Darzył go ogromnym szacunkiem, bo, jak na swój wiek, naprawdę dużo wiedział. Z drugiej strony trochę mu współczuł, bo odnosił wrażenie, że zajmował się tym wszystkim tylko i wyłącznie dlatego, że dziadek go do tego zmusił, aby kontynuować rodzinną tradycję. Jednak prawda nigdy nie pozostała mu znana.
- Mam coś dla ciebie - powiedział z uśmiechem Seunghyun i wyciągnął ze swojej tylnej kieszeni dwa duże, kolorowe lizaki. - Proszę - podał mu jeden, nie przestając się uśmiechać. 
Profesor odchrząknął głośno, kiedy jego kolejne pytanie nie dostało odpowiedzi. Lokaj przeniósł na niego swój jeszcze nieco zamglony wzrok i dopiero po chwili zorientował się, co robił i odchrząkając, szybko się wyprostował.
- Niech mi pan wybaczy - ukłonił się.
- Już coś mówiłem na ten temat - westchnął ze zrezygnowaniem i spojrzał w stronę zasłoniętego okna. 
- Przepraszam, ale nie potrafię inaczej - ciągnął dalej. 
- Dlaczego? - spytał jakby od niechcenia.
- To są zasady pańskiego dziadka i nie mogę ich łamać.
- Pozwolę sobie przypomnieć, że mój dziadek już nie żyje i teraz jesteś pod moją opieką - zagryzł wargę. 
- To wciąż są jego zasady.
- Nieobowiązujące już zasady - dodał, jakby na zakończenie i podkreślenie swoich wcześniejszych słów. 
- Przepraszam.
- Podaj mi książkę - rozkazał już nie tak miłym tonem. Nie chciał tego słuchać. Wiedział, że nieważne co zrobi on i tak będzie przestrzegał zasad starca w grobie, a nie jego. 
Lokaj wyprostował się i podszedł do jednego z regałów z podręcznikami naukowymi i ulubionymi lekturami profesora. 
- Przydrożne krzyże Jeffery'a Deaver'a - wtrącił się doktor. Lokaj sięgnął po daną, leżącą na czwartej od góry półce książkę i podał ją profesorowi, po czym zostawił go samego.

2.

- Jiyong! - krzyknął przerażony, kiedy młody chłopak wbiegł na pasy podczas czerwonego światła. Oddychał ciężko. W przeciwieństwie do Kwona, nigdy nie był dobry w bieganiu i bardzo szybko się męczył. Mimo to bardzo go lubił. Uwielbiał się z nim wygłupiać, ale czuł się za niego odpowiedzialny. W końcu to właśnie z nim spędzał najwięcej czasu. Nie potrafił się o niego nie martwić. 
Pisk opon. 
Krzyk.
Krew na drodze.
Mocne bicie serca. 
Łzy w oczach.
Blada twarz. 
Seunghyun pokręcił gwałtownie głową, chcąc przepędzić nachodzące go wspomnienia. Nie chciał do tego wracać, ale nie potrafił również sobie tego wybaczyć. Nieważne, że wszyscy mu powtarzali, że to nie jego wina. Czuł, że powinien się nim wtedy lepiej zaopiekować. Co z tego, że byli jeszcze wybuchowymi dzieciakami. Uważał, że gdyby lepiej się nim opiekował, to nie doszłoby do tego wypadku i Jiyong nie byłby kaleką.
Jego ciało obiegł dreszcz, kiedy w pomieszczeniu rozniósł się miły, przyjemny dla ucha głos siedzącego przy oknie, wpatrującego się w gwieździste niebo profesora.
- Przyniosłeś mi to, o co prosiłem? - spytał i z powrotem zasłonił okno. Lokaj skinął twierdząco głową i podszedł do doktora, podając mu czerwoną teczkę. Jiyong niemalże od razu ją otworzył i zaczął analizować jej zawartość. Na chwilę zapomniał nawet o przebywającym w tym samym pokoju Seunghyunie.
Po kilku minutach ciszy, na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Cieszy się pan - stwierdził lokaj.
- Owszem.
- Można wiedzieć z jakiego to powodu? - Choi nie chciał być wścibski, ale miał ogromną ochotę się dowiedzieć po co były potrzebne te dokumenty. 
- Wybacz mi, ale pozostawię to jednak dla siebie - oznajmił i uśmiechnął się nieco szerzej. 
- Rozumiem - powiedział jakby nieco zawiedziony. Jednak nie miał zamiaru się wtrącać, skoro najprawdopodobniej nie miał z tym nic wspólnego. Prawda była jednak inna i Seunghyun nie mógł się o niej dowiedzieć.
- Możesz mi teraz przygotować kąpiel - dodał po chwili profesor.
Lokaj w ostatnim momencie powstrzymał się od wyciągnięcia ręki po teczkę. Doktor położył ją sobie na kolanach, czekając aż mężczyzna wyjdzie z pomieszczenia. Tak też się stało. Służący lekko się ukłonił i udał do łazienki.
Jiyong westchnął cicho, spojrzał z powrotem w stronę okna i ponownie odsłonił bordowy materiał. Uwielbiał wpatrywać się w piękne, granatowe, ozdobione licznymi, błyszczącymi gwiazdami niebo. To właśnie wtedy wracały do niego wspomnienia. Nie potrafił zapomnieć o tym wypadku, wcześniejszym skończeniu szkoły i innych sytuacjach, które sprawiły, że został kimś naprawdę ważnym dla społeczeństwa.
Po paru minutach w salonie pojawił się Seunghyun, który z lekkim uśmiechem poinformował profesora, że kąpiel była gotowa. Doktor skinął głową na znak, że zrozumiał i dopiero po chwili oderwał swój wzrok od pięknego, tamtej nocy nieba. Odłożył teczkę na parapet okna, kiedy lokaj podszedł do niego i zawiózł do łazienki, gdzie pomógł mu zejść z wózka, rozebrać i wejść do wanny. 

3.

Następnego ranka, w sobotę, kiedy to doktor jeszcze spał, Seunghyun zabrał się za sprzątanie całego mieszkania. Należało to do jego licznych obowiązków i można powiedzieć, że z czasem zaczynał się do tego przyzwyczajać. Od małego był strasznym bałaganiarzem, ale zbyt bardzo lubił Jiyonga, by się nie starać. Z każdym kolejnym, spędzonym u jego boku dniem zależało mu coraz bardziej i mimo, że jego uczucia nie były odwzajemnione, to nie zamierzał odpuścić. Wiedział, że gdzieś czeka na niego ta druga osoba, która go pokocha i czuł, że to właśnie młody Kwon będzie tym jego szczęściem. Seunghyun chciał swoje życie poświęcić karierze wokalnej, a nie sprzątaniu, gotowaniu i byciu na każde zawołanie. Niestety, jego życie potoczyło się inaczej niż zamierzał. Miał jednak nadzieję, że już niebawem się to wszystko zmieni.
Sprzątanie rozpoczął od kuchni. Na następny ogień poszła jedna z dwóch łazienek, nieco później przedpokój i salon, w którym zatrzymał się na dłużej. 
Choi poprawił sobie białą rękawiczkę i sięgnął po żółtą ścierkę oraz niebieski płyn do sprzątania. Wylał trochę cieczy na ciemnobrązową półkę i starł ją nieco brudnym już materiałem. Robił to ze skupieniem i dokładnością. Seunghyun żałował, że Jiyong nie traktował go tak, jak chciał. Ji uważał go tylko za zwykłego, dawnego przyjaciela czy kumpla od chodzenia na piwo. Bardzo tego żałował.
Białowłosy mężczyzna westchnął i zaczął układać alfabetycznie wszystkie książki. Doktor nienawidził bałaganu, dlatego też Choi starał się jak tylko mógł, byleby tylko zadowolić młodego Kwona.
Po kilku minutach, otrzepał dłonie i z uśmiechem przyjrzał się idealnie poukładanym na niemalże lśniących regałach książkom. Seunghyun już po raz kolejny tego dnia, mimo wczesnej jeszcze godziny i sporej ilości rzeczy do zrobienia, cieszył się i nie potrafił doczekać pory obiadowej, kiedy to mógłby znowu z nim na spokojnie porozmawiać. Kwon nie chciał, żeby ktokolwiek widział go w takim stanie. Rzadko kiedy zgadzał się na wpuszczenie do domu kogoś z rodziny, a co dopiero kogoś, kogo w ogóle nie znał. Wystarczał mu lokaj, jego stary, dobry kumpel, który był dla niego miły, opiekuńczy i nie traktował go, jak pozostali. Cieszył się, że go miał, bo czuł się przy nim bezpiecznie i tak, jakby był normalnym, nie niepełnosprawnym Jiyongiem.
Nagle uśmiech znikł z bladej, idealnej twarzy lokaja. Jego oczy natknęły się na czerwoną, leżącą na parapecie teczkę. Przypomniał sobie, że były to dokumenty, które miał mu jak najszybciej przynieść. Od małego darzyli siebie bezgranicznym zaufaniem i Seunghyun naprawdę nie wiedział, dlaczego Ji nie chciał mu powiedzieć, co się w niej znajdowało. Nie rozumiał jego zachowania i nawet odniósł wrażenie, że mimo jego słów, był dla niego tylko zwykłym lokajem. Źle się z tym czuł, bo nieważne, jak bardzo się starał, Jiyong i tak tego nie widział albo, co gorsze, specjalnie nie zwracał na to uwagi.
Po chwili zastanowienia, sięgnął po daną teczkę, ściągnął gumkę i ją otworzył. W końcu profesor nie zabronił mu do niej zaglądać. Powiedział tylko, że to, co w niej było chciał pozostawić dla siebie. Seunghyun nie uznał tego za zabronienie, więc nim profesor się obudził, zaczął analizować tajemniczą zawartość czerwonej teczki. 

4.

Kwon Jiyong siedział przy dużym, owalnym, szklanym stole w jadalni i wpatrywał się w biały, idealnie wyprasowany obrus. Czuł niepokój i to właśnie przez niego starał się nic nie mówić. Przed zaśnięciem przeglądał strony internetowe i przeczytał, że mieszkańcy Seulu unieważnili wszystkie dotyczące go oskarżenia.
Seunghyun ze stoickim spokojem położył talerz z jedzeniem na stole tuż przed młodym profesorem. Nalał niegazowanej wody do szklanki i stanął przy drzwiach, czekając aż doktor skończy swój posiłek. Lokaj zachowywał się inaczej, niż zwykle. Był bardziej tajemniczy, jakby zamknięty w sobie, a na jego twarzy nie pojawiał się już uśmiech. Choi był, jak chodząca lalka, która nawet nie spojrzała na odwracającego się w jej stronę doktora.
- Co się stało? - spytał zdziwiony profesor. - Mówiłem już, że masz mnie traktować jak starego, dobrego kumpla, prawda? - lokaj skinął głową. - Więc... Hyung, gdzie twój talerz? - uśmiechnął się niepewnie. Białowłosy nie odwzajemnił tego gestu, tylko chłodno odpowiedział.
- Nie jestem głodny.
- Od rana jesteś na nogach i powinieneś coś zjeść - był uparty.
- Ty również powinieneś - mimo wcześniejszych postanowień, zerknął na niego.
- Hyung, weź, zjedź ze mną - poprosił, niemalże jak małe dziecko i ponownie obdarował go swoim szczerym uśmiechem. 
Lokaj ze zrezygnowaniem poszedł do pomieszczenia obok, kuchni, gdzie przygotował sobie talerz z jedzeniem, za którym nie przepadał. Przygotował je tylko dla profesora. Chciał go uszczęśliwić i ponownie powiedzieć, jak bardzo jest szczęśliwy, że może u niego pracować. Jednak niektóre wiadomości sprawiły, że nie miał zamiaru tego zrobić. Myślał, że Jiyong był wobec niego szczery, a tymczasem okazało się, że było zupełnie inaczej. 
- No, i to ma się rozumieć - powiedział wesoło profesor, zabierając widelec, kiedy Seunghyun pojawił się ponownie w jadalni, usiadł na przeciw niego i nalał sobie pomarańczowego soku. - Smacznego - dodał wesoło.
Kwon pewnie nie zauważył, że jego słowa brzmiały sztucznie. Nie potrafił się zachować, jak kiedyś; jak młody, jeszcze dziecinny Kwon Jiyong.
- Wzajemnie - odpowiedział z nikłym uśmiechem lokaj i udając, że zabiera się za jedzenie, ukradkiem obserwował wszystkie ruchy profesora, jego dawnego przyjaciela i kumpla z piaskownicy. 
- Naprawdę dobre - przyznał po chwili ciszy doktor. Białowłosy mężczyzna skinął mu w podzięce głową i upił łyk swojego ulubionego napoju. Nawet nie zabolał go fakt, że profesor już po raz kolejny nie zauważył, że przygotował jego ulubione danie. Dla niego liczyła się już tylko zemsta. Musiał to zrobił, bo nie mógł mu tego odpuścić. Seunghyun nie wiedział jednak całej prawdy, co doprowadziło do najgorszego.
Choi bardzo dobrze wiedział, że z powodu wczesnej jeszcze godziny nie mógł nic specjalnego zrobić, dlatego też czekał na upragniony wieczór. Czas nieubłaganie się mu dłużył.

5.

Seunghyun przeciągnął się i ziewnął, kiedy znalazł się już w łazience, by posprzątać po profesorze. Mokre ręczniki odwiesił, odstawił płyn do kąpieli na półkę, tuż nad wanną i wytarł lustro, które w ciągu tych kilku minut zdążyło zaparować.
Już podczas kąpieli profesor się inaczej zachowywał. Był jakby śpiący, od czasu do czasu zakręciło mu się nawet w głowie. Seunghyun wiedział, że zbliżał się moment, w którym mógłby mu pokazać kto tak naprawdę miał władzę w jego domu. W końcu, co taka niepełnosprawna osoba mogła mu zrobić? No właśnie. Jego nastawienie gwałtownie się zmieniło. Miał świadomość, że nie powinno się lekceważyć młodszych, mniej doświadczonych czy sprawniejszych, ale nie potrafił się inaczej zachować. Po prostu nie potrafił.
Lokaj ze spokojem zgasił światło i zamknął za sobą cicho drzwi. Po poprawieniu muszki, udał się do sypialni, w której chwilę temu zostawił młodego profesora. Nie lubił, kiedy go obserwował. Czuł się wtedy jak nieudacznik, który musiał być ciągle kontrolowany.
Wolnym krokiem wszedł do sypialni.
- Zmęczony? - spytał z sztucznym uśmiechem siedzącego na łóżku, wpatrującego się w granatową ścianę Jiyonga. Ten jednak nic nie odpowiedział.
Seunghyun położył mu dłonie na ramionach i spojrzał głęboko w zamglone, jakby zagubione oczy. Nie wiedział jednak, że to była intryga i tak naprawdę żył w błędzie. Lokaj już powoli czuł mylny zapach zwycięstwa, co powodowało, że aż miał ochotę przedwcześnie skakać z radości i pokazać światu jak bardzo był szczęśliwy. Niestety, chwila nieuwagi i całkowite zlekceważenie młodego profesora sprawiło, że jego plan zemsty od samego początku był jedną, wielką pomyłką i wpadką, za którą będzie musiał oddać najcenniejszą rzecz, jaką mógł tylko dostać.
- Boli? - zapytał z udawanym zdziwieniem, kiedy Jiyong złapał się drżącą dłonią za głowę. Profesor ponownie mu nie odpowiedział, tylko jakby zmęczony chciał powoli opaść na łóżko i odpocząć. Seunghyun jednak mu na to nie pozwolił, bo mocniej przytrzymał go za ramiona. - Rozbiorę jeszcze pana przed snem - dodał spokojnie i swoje dłonie przeniósł na jego klatkę piersiową. Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech, kiedy zsunął z jego ramion czarny, przyjemny w dotyku szlafrok, drażniąc przy tym palcami jego idealnie gładką skórę. Doktor przymknął oczy i wraz z pomocą lokaja położył się na łóżku. Jiyong był dobrym aktorem.

6.

Z jego gardła wydobył się cichy jęk, kiedy Seunghyun boleśnie przygryzł skórę na jego szyi. Dłońmi błądził po jego nagim ciele, co jakiś czas wracając z pocałunkami do kuszących, nabrzmiałych już od pocałunków ust.
Choi czuł, że upiekł dwie pieczęcie na jednym ogniu. Nie dość, że dzięki jednemu specyfikowi pozbawił swojego pana logicznego myślenia i w końcu mógł zaspokoić swoje pragnienie, to wiedział, że za te kilka minut wszystko się skończy. Miał zamiar dobrze wykorzystać ten czas. Chciał się zabawić z młodym Jiyongiem.
- Kochanie - mruknął mu seksownie do ucha, przygryzając jego płatek. Od zawsze chciał mu pokazać, jak bardzo go pragnął. Jednak nie miał na to wcześniej okazji. Musiał udawać porządnego lokaja, który miał pełnić funkcję jego najlepszego przyjaciela. Jiyong nie wiedział, że przez to kim się stał zepsuł ich relacje. Seunghyun doszedł do wniosku, że nie mogli już być kumplami od piwa czy wspólnego wychodzenia na dyskoteki. Spacery jeszcze jakoś przeżył, kolacje w sumie też, ale pogawędki dotyczące dawnych czasów sprawiały, że miał się ochotę zakopać pod ziemię. Nie lubił do tego wracać, bo wtedy nie potrafił udawać twardziela. Miał ochotę się tak szczerze uśmiechać. 
- Dotykaj mnie - wyszeptał niespodziewanie młody profesor. Po ciele Seunghyuna przeszedł podniecający dreszcz, a jego oddech gwałtownie przyśpieszył.
Na chwilę odsunął się od niego i po ściągnięciu marynarki, którą rzucił na pobliskie, obrotowe krzesło, rozpiął swoją idealnie białą, profesjonalnie wyprasowaną koszulę. Choi ponownie zasmakował jego kuszących ust, a dłońmi swobodnie sunął po jego nagim ciele. 
Seunghyun dopiero po chwili coś sobie uświadomił. Niestety, było już za późno. Znieruchomiał i podniósł ostrożnie do góry ręce, gdy poczuł zimną stal przy swojej głowie. Przełknął ślinę, z przerażeniem wpatrując się w kpiący uśmiech doktora. 
- Jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji spotkać się z tak głupim człowiekiem, jakim jesteś ty, Seunghyunie - wyszeptał uwodzicielsko, gładząc dłonią jego blady policzek. 
- Jak to możliwe? - spytał wciąż nie wierząc w to, co się właśnie działo. 
- Nigdy nie jem czegoś przed sprawdzeniem, Hyung - wyszeptał, po czym dodał jeszcze ciszej do jego ucha. - Zawsze tak było i będzie. 
Trzask drzwi. 
Do eleganckiej sypialni wbiegło kilku uzbrojonych ludzi. Jeden z nich gwałtownie odciągnął wystraszonego lokaja od cieszącego się zwycięstwem Jiyonga. Siłą sprawił, że upadł na kolana, a jego ręce zostały stanowczo wygięte do tyłu i zakute w kajdanki. 
- Pamiętaj, nigdy nie powinno się lekceważyć słabszych i mniej sprawnych fizycznie - oznajmił spokojnie profesor, gdy jeden z ochroniarzy pomógł mu usiąść. Podał mu również szlafrok, by mógł zakryć swoje ciało. Ten jednak nie przejmował się swoim wyglądem.  W końcu był idealny. 
Seunghyun zbladł jeszcze bardziej, gdy zobaczył stojącego o własnych siłach profesora.
- Niemożliwe - wymamrotał z szeroko otwartymi oczami. Nie wierzył w to, co się działo i w to, że mógł się aż tak bardzo pomylić. 
Doktor ujął dwoma palcami jego podbródek i sprawił, by na niego spojrzał. 
- Nie ma rzeczy niemożliwych - wytłumaczył, intensywnie się w niego wpatrując. Trwało to dłuższą, ciągnącą się dla przestraszonego lokaja chwilę. Seunghyun nie wiedział, czego mógł się po nim spodziewać. Jak się okazało, w ogóle go nie znał i to go najbardziej przerażało. Choi ponownie przełknął ślinę, czując ból w okolicach górnych kończyn. Jednak nie miał zamiaru się wyrywać. Wiedział, że to i tak nic nie da. W końcu był tylko zwykłym lokajem. 
Jiyong szarpnął mocno za głowę Seunghyuna i uderzył nią w podłogę. Białowłosy boleśnie jęknął i plunął krwią tuż przed sobą, brudząc przy tym biały dywan. 
Chwila ciszy. 
- Mamy go już zabrać? - odezwał się jeden z ochroniarzy. 
- Nie - oznajmił chłodno profesor, po czym ponownie szarpnął za włosy lokaja i sprawił, że znowu klęczał. - Rób to, co do ciebie należy, Hyung - gwałtownie przysunął jego głowę bliżej swojego krocza. Seunghyun rozszerzył oczy, nie wiedząc co robić. Z drugiej strony wciąż był jego lokajem i musiał wykonywać wszystkie polecenia.
Profesor z aprobatą przeczesał jego gęste włosy i nieco odchylił w bok głowę, spoglądając na swoich ochroniarzy.
- Panom już podziękuję - powiedział spokojnie i westchnął, gdy usta Seunghyuna namiętnie się nim zajmowały. 
Piątka z ochrony stanęła w rzędzie obok siebie, po czym wyszła z pomieszczenia, zamykając z trzaskiem drzwi. 
W mrocznej sypialni młodego doktora od czasu do czasu roznosiły się ciche pomruki i westchnienia, które były spowodowane niewystarczającymi pieszczotami lokaja.
Jiyong ponownie przyłożył mu pistolet do głowy, po czym beznamiętnie powiedział.
- Nie zadowalasz mnie, Hyung. Zresztą zawsze byłeś beznadziejny.
Kwon zacisnął mocniej palec na spuście pistoletu.

7.

4 listopad 2013 rok. 
Kwon Jiyong był naprawdę okrutnym, nieco fałszywym człowiekiem, ale to właśnie dzięki tym cechom tak wiele osiągnął. Do dnia dzisiejszego wiele ludzi jest zaślepionych sprawiedliwością, co już niejednego doprowadziło do śmierci. Pewne jest jednak, że bohaterowie nie istnieją, bo gdyby żyli, to uratowaliby wielu niewinnych ludzi.
Profesor nie grzeszył swoją pomysłowością i wpadł na to, by pogrzeb Seunghyuna odbył się dopiero po miesiącu, w jego dwudzieste szóste urodziny. W końcu, czego się nie robiło dla dawnych przyjaciół? 
Wśród nielicznych, przybyłych na uroczystość osób, znajdował się szanowany przez obywateli doktor, a tuż obok niego stał jeszcze nie wszystkim znany, ubrany w czarny garnitur, ciemnowłosy, o niebieskich oczach lokaj. W swojej prawej dłoni trzymał czarny parasol, który nie pozwalał kroplom deszczu dotknąć jego niepełnosprawnego, profesjonalnie udającego skruchę pana.

1.02.2014

[GTOPDae] Samotność duszy.



1.

Samotność duszy.
Rozmyślając nad wszystkim tym, co się wydarzyło przez ostatni miesiąc, zajmował miejsce w fotelu w dość przytulnym, bo przede wszystkim w ciemnych barwach, z licznymi akcesoriami salonie. Był smutny, jakby zmęczony życiem, ale najgorszym w tym wszystkim było jednak to, że po prostu nie potrafił się powstrzymać. Na scenie wciąż był tym samym G-Dragonem - panem idealnym i profesjonalistą z ogromnym poczuciem humoru, ale wśród bliskich z pogodnego, wesołego i właśnie cieszącego się życiem artystę zmieniał się na tego wiecznie przygnębionego, zdołowanego i mającego nawet myśli samobójcze. On sam nie wiedział, dlaczego aż tak bardzo się zmienił. Był świadomy tego, że to, co robił nie było w ogóle rozsądne, ale nie potrafił inaczej. Zmienił się na gorsze i do dnia dzisiejszego nie potrafił sobie z tym poradzić.
Życie jest do niczego, ale powinniśmy cieszyć się każdym dniem i traktować go tak, jakby był tym naszym ostatnim. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy będziemy musieli odejść i zostawić tych, którzy nas naprawdę kochali. Przeważnie bywało tak, że nie zdążyliśmy sobie powiedzieć tych kilku, ale jakże ważnych słów, bo zwlekaliśmy z nimi do ostatniego momentu. Czasem zabrakło nam odwagi, żeby powstrzymać się przed czymś lub, wręcz przeciwnie, zabrakło nam sił i czasu do tego, żeby osiągnąć to, czego tak naprawdę chcieliśmy. Nigdy nie było tak, jak miało być. Nigdy nie było i nie będzie, a więc po co żyć? Jiyong tego nie wiedział, nie widział sensu swojego istnienia, mimo że miał prawie wszystko. Jedynym, czego brakowało mu do szczęścia była druga połówka, której mógłby poświęcić całe swoje życie. Za każdym razem, kiedy chciał dobrze, wychodziło źle. Nie wyszło mu z Tabim, a każdy kolejny związek był katastrofą. Mimo, że był profesjonalistą, to nawet nie potrafił wybrać odpowiednich kwiatów na wieczór. Kwon Jiyong się zepsuł.
Westchnął cicho i przymknął oczy. Przechylił nieco w bok głowę i skrzywił się nieznanie, gdy poczuł, jak coś strzeliło mu w karku. Dłonią zaczął powoli rozmasowywać sobie obolałe miejsce, ale grymas z jego twarzy nie znikał. Jiyong ostatnio bardzo mało czasu spędzał na siłowni, a więc w ogóle nie ćwiczył, co na dobre mu nie wyszło. Wszystko go bolało, a jego kondycja spadła. O wiele szybciej męczył się na koncertach i dość często miał zawroty głowy.
- Ji! - do salonu wbiegł uradowany blondyn, którzy rzucił się na swojego obolałego hyunga, krzycząc z uradowaniem jego imię. Kwon jęknął przeciągle, gdy poczuł go na sobie i usłyszał głośny śmiech tuż przy uchu. Daesung zawsze miał dobry humor. Nieważne, co by się działo, on zawsze potrafił pocieszyć. Uśmiech z jego twarzy w ogóle nie znikał - za każdym razem był szeroki i szczery. Cieszyło go to bardzo, bo mieć takiego człowieka pod swoją opieką, to naprawdę ogromny zaszczyt. Kiedy było mu źle, on przychodził i był. - Przepraszam - wyszeptał i spojrzał na lidera, wciąż się uśmiechając. 
- Nie masz za co - chłopak uśmiechnął się sztucznie i wtulił w niego, potrzebując tego, mimo że tak naprawdę niczego nie czuł. Nawet, jak blondyn objął go mocniej. Jiyong stał się bezuczuciowym draniem, zepsutym liderem.
- Napijesz się czegoś? - spytał po chwili milczenia. Daesung był już zmęczony, ale nie mógł tego po sobie pokazać. Zdecydowanie bardziej wolał tego wesołego, nieźle stukniętego Jiyonga, bo z takim można było na luzie pogadać i powygłupiać się, a tak to musiał uważać na każde słowo. Ciężko się z nim żyło.
Ji oderwał się od niego i skinął twierdząco głową. Dae wstał z jego kolan i po posłaniu liderowi lekkiego, jakby zachęcającego uśmiechu, poszedł do kuchni. Jiyong również wstał i udał się za nim, robiąc to jednak po chwili.
W kuchni było nienagannie czysto. Nieważne, jak fatalnie Ji się czuł, u niego zawsze panował porządek, bo miał na jego punkcie cholerną obsesję.
Oparł się tyłem o blat i westchnął cicho, przymykając oczy. Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech, który miał świadczyć o zadowoleniu z przyjścia przyjaciela. 
Nagle można było usłyszeć trzask szkła. 
- Ty się uśmiechasz! - stwierdził bardzo inteligentnie zaskoczony Dae, stojąc tuż przed stłuczonym naczyniem, które jeszcze kilka sekund temu tkwiło w jego bladej dłoni.
- Zniszczyłeś mi szklankę - westchnął i pochylił się nad nią, żeby posprzątać. Bez przemyślenia zaczął zbierać ostre kawałki szkła.
- Skaleczysz się! - ostrzegł go blondyn, ale najwidoczniej za późno, bo Jiyong syknął cicho, gdy poczuł, jak coś boleśnie rozerwało mu skórę. Rana była głęboka, ale Ji nie tym się przejął. Poczuł, jak zrobiło mu się gorąco, jakby znowu zaczął czuć. 
Daesung spojrzał na niego z przerażeniem, robiąc się cały blady. Nienawidził tego widoku, jak i tego, gdy jego ukochany hyung cierpiał.
Chłopak odłożył z hukiem butelkę na blat i sięgnął po apteczkę, która znajdowała się w jednej z górnych szafek. Wyjął z niej jeden z większych plastrów i z bólem w oczach znowu spojrzał na swojego hyunga, który wciąż się nie ruszał. Dae podszedł do niego powoli i żeby go nie spłoszyć, ostrożnie położył mu dłoń na ramieniu.
- Ji - oznajmił spokojnie. Musiał się z nim obchodzić, jak z małym dzieckiem. W takim stanie Kwon reagował zbyt agresywnie i nie było wiadomo, kiedy tak naprawdę mógł wybuchnąć. Taeyang dużo z nim na ten temat rozmawiał, jednak bez widocznego efektu. Jiyong zawsze go wysłuchał. Nie zamykał się w pokoju, nie wychodził również z domu, kiedy ten do niego przychodził. Po prostu siedział z nim i słuchał bardzo uważnie, tylko że nie potrafił zrozumieć. Nikogo nie potrafił. Nikt nie mógł mu przemówić do rozsądku, bo w końcu to on sam wiedział wszystko najlepiej. 
Jiyong po chwili uniósł swoją głowę i spojrzał na niego zagubiony. Zbierało mu się na płacz, ale nie chciał tego. Nie przy osobie, która najbardziej się o niego martwiła. Powstrzymywał się przez dłuższy czas. Starał się, wmawiał sobie, że wszystko już dobrze, ale nie wyszło. Zaczął płakać i się trząś. Miał ochotę znowu to zrobić. Pragnął sprawić sobie jeszcze więcej bólu za to, jak Choi przez niego cierpiał. 
Dae przyciągnął go szybko do siebie i mocno przytulił. Zaczął go lekko kołysać i szeptać mu do ucha uspokajające słowa, samemu nie czując się najlepiej.

2.

Chłopak westchnął cicho i oparł się bokiem o ścianę. Było mu źle. Nic mu nie pomagało. Nawet papierosy. Jiyong stwierdził, że już nic mu nie pomoże. Czuł cholernie bolesną pustkę w sercu, która z każdym kolejnym dniem wykańczała go coraz bardziej. Nie chciał już żyć, bo nie miał dla kogo. Najważniejsza osoba w jego życiu go zostawiła, nie chcąc znać. W sumie, to Ji nie powinien mieć do mężczyzny pretensji. Sam zawinił, ale nie potrafił się powstrzymać. Bardzo go to bolało, ale nie mógł cofnąć czasu i wszystkiego naprawić. Okropnie się z tym czuł.
Ktoś zapukał do drzwi.
Kwon nawet nie spojrzał w stronę wejścia do pokoju, bo dobrze wiedział, kto za chwilę się pojawi. To Daesung był z nim tamtej nocy, kiedy czuł się naprawdę źle. Nie chciał go zostawiać samego, dlatego też zadzwonił do swojej dziewczyny i powiedział jej, że zostaje z Ji. Chłopak nawet nie wiedział, jak ona zareagowała. Daesung nie chciał o tym mówić, ale mógł przypuszczać, że źle, czyli tak, jak Ji tego nie chciał.
Ciche zamknięcie drzwi.
Jiyong wpatrywał się w krajobraz za oknem. Był środek listopada. Za oknem panował półmrok. Co jakiś czas mógł się przyjrzeć ciepło ubranym przechodnim, którzy pewnie wracali z pracy. Na ich twarzach widniały uśmiechy i to pewnie dlatego, że cieszyli się na ponowne spotkanie z ukochaną osobą. Ji kiedyś też tak robił. Nieważne, ile czasu spędzał z nim w wytwórni, bo chciał być ciągle przy nim. Zawsze i wszędzie. Nie chciał go opuszczać, ale przez swoją głupotę stracił na zawsze. Choi Seunghyun nie był już jego chłopakiem. To był koniec ich wspaniałej miłości i wspólnych chwil, o których Jiyong na pewno nigdy nie zapomniał. Nie chciał zapominać.
- Przyniosłem kolację - powiedział z lekkim uśmiechem. Przygotował mu coś do zjedzenia, bo nie chciał, żeby chłopak chodził głodny i ciągle się martwił. Kwon od zawsze był chudy, ale przez ten stres i ciągły brak apetytu wyglądał o wiele gorzej, niemalże jak kościotrup. 
- Nie musiałeś - westchnął cicho Jiyong. 
- Nie "nie musiałeś", tylko zjedź coś w końcu - powiedział, niemalże błagalnie. D-Lite położył tace na szafce tuż przy łóżku starszego o rok od siebie chłopaka i odruchowo przytulił się do jego pleców. Ji drgnął, kiedy poczuł go tak blisko. - Proszę, zrób coś z sobą w końcu - jego głos się załamał. Jiyong przymknął swoje oczy i oparł głowę o ścianę. - Wiem, że go kochałeś, ale proszę, świat się na nim nie kończy - objął go mocniej. - Nie potrafię dłużej patrzeć na to, jak cierpisz - po jego policzkach spłynęły łzy bólu i cierpienia, które odczuwał razem z okaleczającym się Jiyongiem.
Lider wyrwał się z jego objęć i spojrzał na niego. Był zdenerwowany. 
- Świat się na nim nie kończy?! - do jego oczu napłynęły kolejne łzy tęsknoty. - To ty chyba nie wiesz, co to znaczy kochać! - krzyknął i zgniótł swoje pięści. Przymknął mocno swoje oczy i przygryzł dolną wargę, która po chwili stała się cała czerwona. - Ja go naprawdę kochałem - powiedział płaczliwie i dał upust swoim emocjom. Zaczął płakać, a jego ciało osunęło się po ścianie. Usiadł na zimnej podłodze i skulił się, mocno obejmując zgięte nogi, a czoło oparł o kolana. Łzy ciekły mu strumieniami.
Daesung po raz kolejny widząc, co się z nim działo, pokręcił z niedowierzaniem głową i zrobił krok w tył. Kiedy tylko jego dłonie odnalazły za nim ścianę, osunął się po niej przerażony. Wiedział, że wszystko zepsuł. Powiedział za dużo. Zawinił i bardzo dobrze o tym wiedział. Kiedy Ji cierpiał, on też. W końcu go kochał. Bardzo mocno i szczerze. Ji mylił się, kiedy powiedział, że Dae nie wiedział, jak to jest kochać. Bardzo się pomylił. Dae cierpiał dlatego, że Ji myślał tylko o Tabim. Zamierzał mu już wiele razy powiedzieć o tym, co do niego czuł, ale nie chciał zepsuć ich relacji. Chciał, żeby był szczęśliwy i wolał siedzieć cicho, niż znowu coś spieprzyć. Czasem lepiej było coś przemilczeć, niż powiedzieć za dużo. 
- Przepraszam - wymamrotał roztrzęsiony Daesung.
- Dlaczego? - spytał cicho starszy chłopak, nie podnosząc jednak głowy.
- Co dlaczego? - zdziwił się i spojrzał na niego. Westchnął próbując nie odwrócić wzroku. Serce go bolało bardziej, kiedy widział chłopaka w takim stanie. 
- Kochasz mnie? - spytał prosto z mostu, mimo że nie było to dla niego łatwe. Jiyong czuł to już od pewnego czasu, ale udawał, że nie widział. Dopiero po tym, jak Tabi go zostawił zrozumiał, jak bardzo to bolało. Chciał się dowiedzieć prawdy, ale się bał. Nie wiedział, jak Dae mógł zareagować - mógł go wyśmiać, albo przyznać rację. Wiedział jednak, że nie mógł już dłużej z tym zwlekać. Po prostu musiał go o to zapytać. 
- Kocham cię, Jiyong.
Ji podniósł swoją głowę, kiedy usłyszał jego głos tuż przy sobie. Dae objął jego twarz dłońmi i spojrzał na niego wciąż kalnym wzrokiem. Po chwili pocałował go długo i czule. Ji jednak nie odwzajemnił pocałunku.

3.

Zamknął się w łazience, a klucz wrzucił do kosza. Lubił tu przebywać. Ściany były obłożone białymi kafelkami, podłoga panelami, również białymi. Zwisająca z sufitu czarna lampa oświetlała te niewielkie pomieszczenie, w którym chłopak przez ostatni czas przesiadywał bardzo często. Dlaczego? Uważał, że połączeni bieli z krwistą czerwienią jest naprawdę piękne.
Jiyong już od ponad dziesięciu minut był sam w domu, bo Daesung wyszedł na małe zakupy. Lodówka świeciła pustkami i blondyn doszedł do wniosku, że w końcu trzeba byłoby kupić coś do zjedzenia. Bał się zostawić go samego. Chciał nawet zadzwonić po Taeyanga, czy maknae, żeby zrobili za niego te zakupy, albo, żeby przyszli i przypilnowali Ji. W ostatniej chwili się rozmyślił, bo chciał sam się nim zająć. Pragnął robić dla niego wszystko. Marzyło mu się, żeby chłopak odwzajemnił jego uczucia, ale wiedział również, że to było niemożliwe. W końcu Jiyong był zakochany po uszy w Seunghyunie, co zaczynało go już powoli irytować. Choi w ogóle się nim nie przejmował. Nikogo nie zapytał, jak się czuł, co z nim. O nic nie pytał, a kiedy tylko któryś z nich wspomniał o Ji, on wychodził lub zajmował się czymś innym.
Z jego gardła wydobyło się już kolejne syknięcie. Nie, Jiyong nie lubił się okaleczać. Robił to tylko dlatego, żeby sprawić sobie jak najwięcej bólu za to, jak Tabi musiał przez niego cierpieć. Był na siebie cholernie zły. Z każdym dniem coraz bardziej żałował tego, co zrobił. Chciał, żeby było, jak dawniej, ale wiedział, że nie mógł. Sam wszystko zepsuł i sobie na to zasłużył. Ból to jedyne, co czuł.
- Jeśli ty, to i ja? - wysyczał. Cały się trząsł z nerwów. - Nienawidzę cię, Dae! - niemalże krzyknął i z całej siły uderzył dłonią w ścianę. Jiyong zapomniał się i jego cała dłoń zaczęła krwawić. Mocno ściśnięta żyletka pocięła mu skórę, a krew obficie wylewała się z jego ran. Przesadził. Jiyong uważał jednak, że na to zasłużył. Zbyt mocno go kochał, żeby mógł żyć normalnie. Owszem, chciał widzieć szczęśliwego Tabiego, ale tylko i wyłącznie u swego boku. Chciał go mieć dla siebie, a to, jak ostatnio zobaczył go z jakąś dziewczyną było okropne. Poczuł, jak jego serce po raz kolejny rozpadło się na miliony kawałów, a łzy cisnęły mu się do oczu. Znienawidził samego siebie. To już nie był ten sam G-Dragon. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze Daesung. Obiecał mu kiedyś, że zawsze będą razem. Na dobre i złe. Tymczasem prawda wyszła na jaw. Zakochał się w nim, przez co Jiyong zaczął się o to wszystko obwiniać. Już nie mogli być najlepszymi przyjaciółmi, którzy wyznawali zasadę: jeśli ty, to i ja. Już nie mogli.
- Co ty tu robisz? - spytał zdziwiony Daesung. Z szeroko otwartymi oczami patrzył na siedzącego na krawędzi chodnika Seunghyuna. Starszy chłopak otarł łzy, przetarł zaczerwienione oczy i po kolejnym poprawieniu grzywki, wstał i spojrzał na niego mniej pewniej, niż na przykład w wytwórni. Był zagubiony. Nie wiedział, co robić. Tak bardzo za nim tęsknił. Pragnął go znowu przytulić i powiedzieć mu, jak bardzo go kochał. Żałował tego wszystkiego. Chciał go przeprosić i błagać o wybaczenie. Wiedział, że nie powinien odchodzić, ale nie potrafił inaczej. Cholernie tego wszystkiego żałował i chciał jak najszybciej naprawić. Potrzebował Jiyonga, bo bez niego był nikim. Nie potrafił normalnie żyć. 
Seunghyun wzruszył bezradnie ramionami.
- Chciałbym go znowu zobaczyć - przyznał i pochylił głowę. Było mu źle. Wiedział, że wszystko zepsuł, ale pragnął naprawić. Pragnął porozmawiać, ale nie wiedział, że to już za późno. Na wszystko było już za późno. 
Blondyn poczuł, jak coś ukuło go w sercu. Zacisnął mocniej dłonie na uchwytach siatek i zmarszczył brwi. Musiał pomyśleć. Miał dwie opcje. Wpuścić go albo kazać się wynosić. Kochał Jiyonga i chciał go mieć tylko dla siebie, ale pragnął również jego szczęścia. Jiyong kochał Tabiego, więc... po dłuższej chwili wahania zdecydował się go jednak wpuścić. Niestety, ta chwila trwała zbyt długo.
Kwon przymknął swoje oczy. Jego oddech stawał się coraz słabszy. Czuł, jak jego ciało opadało z sił i chcąc się uchronić przed upadkiem, dotknął dłonią najbliżej stojące lustro. Oparł się plecami o ścianę i jęknął z bólu. Z podenerwowania uderzył mocno głową w płytki za sobą i zagryzł wargę. Zaczęło powoli do niego docierać, jakim był idiotą. Robił same chore rzeczy i ciągle się nad sobą użalał. Mógł w końcu sam do niego zadzwonić i coś zdziałać. W końcu był Jiyongiem, który nigdy się nie poddawał. No właśnie, był. 
- Jiyong! Do jasnej cholery, otwieraj! - Daesung szarpał mocno za klamkę drzwi do łazienki. Wiedział, że to niczemu dobremu nie wróżyło. Żałował, że zostawił go samego. Przecież mógł po nich zadzwonić i teraz pewnie spokojnie przygotowywałby obiad. Krzyknął i szarpnął mocniej.
- Odsuń się! - rozkazał Seunghyun i kopnął z całej siły w drzwi. Zamek puścił, a oni mogli już wejść do pomieszczenia, w którym śmierdziało krwią. Seunghyun zasłonił usta dłonią i rozszerzył swoje oczy. Nie wierzył, że to działo się naprawdę. Nie mogło! Wszystko było z krwi. Umywalka, wanna, ściana i podłoga. Jednak najgorszy był krwawy ślad dłoni na lustrze. Jego ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, zrobiło mu się słabo na ten widok. Nie mógł uwierzyć w to, że to wszystko działo się przez niego. Przeniósł swój wzrok niżej i kiedy zobaczył, jak Dae kuca przy jego byłym chłopaku i usłyszał, jak do niego krzyczy, w końcu się otrząsnął. Wyjął szybko telefon i wykręcił numer na pogotowie. 
Daesung w tym samym czasie krzyczał, niemalże wrzeszczał do Ji. Nie wierzył w to, co się działo. Przecież nie mógł tak szybko umrzeć. Był młody, a życie stało dla niego otworem. Nie mógł ich tak zostawić. Bez niego już nie będą zespołem. Nie będą rodziną.
Jiyong nie reagował na jego wrzaski i dotyk.
Seunghyun wygrzebał z szuflady ręczniki i rzucił je blondynowi. Musieli jakoś zatamować krwotok, dopóki nie przyjechała karetka. Musiał zrobić coś, żeby mogli na nowo żyć. Pragnął Jiyonga mieć przy sobie. 
Z podenerwowania trzęsły mu się całe dłonie, a na jego czole pojawiły się krople potu. Jednak wiedział, że musiał mu pomóc. Po prostu musiał zrobić wszystko, żeby Jiyong żył. 
Uklęknął szybko obok lidera i zabierając jeden ręcznik, obwiązał nim mocno pocięte ręce. Przyciągnął jeszcze mocniej i zawinął w supeł. Daesung patrzył na niego z ogromnym zdziwieniem.
- Do jasnej cholery, rób coś! - wrzasnął Choi i spojrzał na blondyna karcącym wzrokiem. Był wkurzony, bo tylko siedział i patrzył się na niego, jakby nie wiedział, co robił. Jednak to była prawda. Seunghyun nie wiedział, co miał robić. Modlił się, żeby karetka przyjechała na czas. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Jiyong mógł umrzeć. 

4.

Pikanie kardiogramu.
Seunghyun siedział przy łóżku chłopaka i trzymał jego chłodną dłoń. Nie zostawił go nawet na chwilę. Ciągle przy nim siedział. Co jakiś czas patrzył to na jego rany, to na spokojną, pogrążoną w śnie twarz. Wierzył, że ten sen nie będzie trwał wiecznie. Jiyong miał do kogo wrócić. Seunghyun wciąż go kochał i pragnął być przy nim już na zawsze. Tylko Jiyong dawał mu tyle szczęścia. Nikt inny nie był dla niego tak ważny, jak właśnie Kwon Jiyong,
Uniósł szybko głowę, kiedy ta niespodziewanie opadła mu ze zmęczenia. Od trzech dni w ogóle nie spał. Nie potrafił spokojnie zasnąć, kiedy nie był pewny tego, że z Ji wszystko w porządku. Ten ostatni miesiąc był najgorszym w jego życiu. Nie potrafił normalnie żyć. Udawał, że wszystko w porządku, ale kiedy tylko wracał do domu, siadał na łóżku i ze łzami w oczach wpatrywał się w włożone w ramkę zdjęcie, na którym był jego kochany Jiyong i on sam. Przytulali się, a swoimi mimikami twarzy pokazywali, jak byli szczęśliwi. Bardzo za nim tęsknił, a każda sekunda bez Ji była dla niego katorgą. Żałował, że od razu do niego nie zadzwonił. Nie wiedział po co się wahał. Przecież mógł napisać, mógł zrobić wszystko, ale się bał. Tak cholernie tego żałował i wiedział, że do końca życia sobie tego nie wybaczy. 
Pozostała trójka z zespołu siedziała na krzesłach w holu, tuż przed salą, w której leżał Jiyong. Każdy się o niego martwił i to nie tylko dlatego, że był ich liderem. Kwon Jiyong był dla nich cholernie ważną osobą, bez której tak wiele nie osiągnęliby. To właśnie on był dla nich wzorem. Szanowali go bardziej, niż kogokolwiek innego. 
Daesung siedział pochylony, a twarz miał zasłoniętą przez złączone ze sobą dłonie. Był załamany, bo wiedział, że to wszystko stało się właśnie przez niego. Jednak najważniejsze było dla niego to, żeby Seunghyun nie dowiedział się o tym, jakim uczuciem obdarzył jego ukochanego. Nie chciał znowu wszystkiego zepsuć, dlatego też postanowił się pogodzić i dać im spokojnie żyć. Zależało mu na szczęściu Jiyonga i nie miał zamiaru tego niszczyć. Poza tym, miał już dziewczynę. Myślał, że jak sobie jakąś znajdzie, to mu przejdzie, ale się mylił. Przez ten ostatni miesiąc martwił się o niego jeszcze bardziej. Jednak dzięki niemu zrozumiał, że powinien dać sobie spokój i w końcu znaleźć kogoś, kto go bezgranicznie pokocha. Postanowił zachowywać się tak, jak wcześniej, przed tym wszystkim.
Po wielu męczących godzinach, Kwon Jiyong w końcu się obudził, a pierwsze co zobaczył, to łzy szczęścia swojego ukochanego, o którego miał zamiar zadbać najlepiej, jak tylko potrafił. Tym razem nie zamierzał odpuścić. Tym razem postanowił być numerem jeden.

Nikt nie wie o moim sercu, o tym, że chcę wyglądać jakbym się uśmiechał, ale się nie uśmiecham,
kiedy patrzę na Ciebie, kiedy patrzę na Ciebie,
widzę, że płaczesz, miłość jest bolesna, bardziej bolesna,
kiedy patrzę na Ciebie, kochanie, spójrz na mnie.
~ G-Dragon - Window

Nominacja do The Versatile Blogger od Yume


Za nominację do The Versatile Blogger bardzo mocno dziękuję Yume.



Zasady:
- podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
- pokazać nagrodę "Versatile Blogger Award" u siebie na blogu,
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
- nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

~*~

Siedem faktów o mnie:
1. Jestem strasznym śpiochem.
2. Mam nawyk obgryzania paznokci.
3. Uczę się grać na gitarze elektrycznej i perkusji.
4. Uwielbiam pracę w laboratorium, matematykę i grafikę komputerową. 
5. Nie potrafię utrzymać porządku w pokoju.
6. Ulubiony styl, to mój własny styl.
7. Jestem oburęczna.

Powinnam teraz jeszcze nominować swoje ulubione blogi, ale nagrodę otrzymałam już dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze regularnie pisałam i wstawiałam posty, więc postanowiłam się na razie wstrzymać. Owszem, jest kilka blogów, które chciałabym nominować, ale większość z nich już po prostu nie istnieje. Pozwolę to sobie z czasem uzupełnić, żeby wszystko było tak jak należy. 

Liebster Award od Julie May


Za nominację do Liebster Award bardzo mocno dziękuję Julie May.




O co chodzi?
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, którą Cię nominowała. Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Odpowiedzi na pytania:
1. Co zainspirowało Cię do publikowania swoich prac w sieci?
- Tak właściwie, to sama nie wiem. Moja przygoda z publikowaniem prac w sieci rozpoczęła się na onecie. Stało się to tylko i wyłącznie dlatego, że chciałam się podzielić swoimi pomysłami z innymi i poprawić swój styl pisania. A tą główną inspiracją była Jusia, która pisała i wciąż pisze opowiadania o SasuSaku - tak, również z tym pairingiem zaczęłam pisać różne historie.

2. Który kraj chciałabyś najbardziej odwiedzić?
- Koreę Południową i Japonię.

3. Skąd czerpiesz inspiracje?
- Z głowy, a przy pisaniu pomagają mi różne piosenki.

4. Ulubiona postać książkowa i dlaczego?
- Może to być Bill Bass z Trupiej Farmy. Dlaczego? Według mnie jest naprawdę kimś. Robi takie rzeczy, których pewnie wielu z nas by się w ogóle nie tknęło.

5.Myślisz, że jak ludzie Cię spostrzegają?
- Jako nieźle stukniętego, zboczonego człowieka, którego ulubionym stylem jest jego własny styl.

6.Kto jest Twoim autorytetem?
- G-Dragon.

7.Jaką piosenkę mogłabyś słuchać całe życie?
- Zdecydowanie Fantastic Baby od Big Bang.

8. Jaka byłaby Twoja rekacja, gdybyś zobaczyła swojego biasa?
- Pewnie dostałabym zawału.

9. Jaką gwiazdę chciałabyś poznać?
- Wszystkich, których lubię, ale najbardziej G-Dragona.

10. Lubisz jakieś zwierzęta?
- Czarne koty.

11. Co sądzisz o internetowych przyjaźniach?
- Cóż... Mogłabym się tu rozpisać naprawdę długo, ale pewnie i tak nikt tego nie przeczyta, więc... Nie trwają wiecznie, ale ogólnie nie są złe. Zależy jak kto do tego podchodzi (y)

~*~

Powinnam teraz jeszcze zadać swoje pytania i nominować kolejne blogi, ale nagrodę otrzymałam już dawno dawno temu, kiedy to jeszcze regularnie pisałam i wstawiałam posty na blogu, więc postanowiłam się na razie wstrzymać. Owszem, jest kilka blogów, które chciałabym nominować, ale większość z nich już po prostu nie istnieje. Pozwolę to sobie z czasem uzupełnić, żeby wszystko było tak jak należy. 

2.11.2013

[GTOP] Odrzucenie.

Muzyka: Jinusean - A-Yo

To właśnie odrzucenie boli najbardziej.
Przemoc, sprawa rozwodowa, wyprowadzka, nowe miejsce zamieszkania i szkoła - to sytuacje, które mnie przytłaczały. Jeśli mam być szczery, to byłem, jestem i już zapewne na zawsze pozostanę niechcianym dzieckiem. W końcu przyszłość była nie do przewidzenia. 
Matka wpadła. Zawsze mi powtarzała, że wszystkie problemy były przeze mnie. Nie rozumiałem jednak dlaczego, bo co ja niby takiego zrobiłem i czym zasłużyłem sobie na takowe traktowane? Nie moją winą było jej puszczanie się na lewo i prawo. Nie ja przyczyniłem się do jej znienawidzonej ciąży z facetem, którego po moich narodzinach namówiła na ślub. Frajer. Ja bym się tak nie dał wkręcić, ale to mi tylko pokazało, że był w niej szaleńczo zakochany. Miał nadzieję na szczęśliwą rodzinę, ale się przeliczył. Moja matka była nie do życia. Dziwka zawsze pozostanie dziwką, dlatego wiara w jakąkolwiek zmianę po moim urodzeniu nie wchodziła w grę. I wszystko się wydało, gdy ojciec nakrył ją na seksie z swoim najlepszym kumplem. Ah, te przyjaźnie... takie żałosne. Zażądał rozwodu i wtedy też pojawiły się kolejne problemy, ale dla świętego spokoju prawa rodzicielskie oddał matce, która w sądzie udawała niewiniątko i oczywiście dla efektu specjalnego namówiła swoje koleżanki do kłamstw odnośnie tego, jak cudowną kobietą ona nie była. Rzecz jasna, nic za darmo. Przez jej chore wybryki, przez tydzień nie mieliśmy co do garnka włożyć. Skończona idiotka. 
Moja rodzina się rozpadła, co obecnie nawet i raduje me jakoś jeszcze bijące serce. Nie chciałem przebywać w towarzystwie osób, które nie miały wobec mnie dobrych intencji. Zresztą rodzice do dnia dzisiejszego mają mnie w głębokim poważaniu, także myślę, że z takim nastawieniem wyszedłem na lepsze.
Późniejsze sytuacje zaliczają się raczej do tych normalnych, choć miała miejsce taka jedna, która na długo zapadła mi w pamięć. Spotkałem kogoś. Wydawało mi się, że pasowaliśmy do siebie idealnie, jakbym odnalazł brakujący puzzel. Nie ukrywajmy, ponownie się zawiodłem. 
Stałem przed drzwiami do swojego nowego mieszkania z głęboką nadzieją, że to był już ten ostatni raz, w którym musiałem wnosić walizki po kilometrowych schodach. Miałem dość przenoszenia się w coraz to nowsze miejsca, ponieważ mojej rodzicielce ciągle coś nie pasowało. Głównie chodziło o jej chore wymagania, że źli mężczyźni, mało pieniędzy, słabo wyposażone sklepy z ubraniami, za daleko do czegoś tam... myślałem, że jeszcze chwila i bym wąchał kwiatki od spodu. Przyjemniejsza wydawała się śmierć, niż przebywanie w jej jakże żałosnym towarzystwie. Co ciekawsze, nawet nie pomyślała o mnie. Miała gdzieś moje uczucia. Nie obchodziła jej nawet szkoła, do której się zapiszę i czy w ogóle miałem zamiar wypełnić durne papierki. Wystarczyło mnie zamknąć na dzień w pokoju bez jedzenia czy picia oraz telewizora lub nie wpuścić na noc do domu i zostawić na pastwę losu. Rozumiem, że miałem pełną swobodę w dokonywaniu wyborów i niejednemu bachorowi odpowiadałoby takie traktowane, ale ja takowym dzieciakiem nie byłem. Na jej nieszczęście, choć może i też moje, mój iloraz inteligencji był ponadprzeciętny, także nie miałem jakiś większych problemów z nauką. Potrafiłem myśleć samodzielnie, ale takie niszczenie psychiczne potrafiło nawet i mnie wykończyć. Ciężko było mi normalnie funkcjonować, gdy takowa kobieta dzień w dzień przebywała w tym samym pomieszczeniu, co ja. Można było dostać do głowy,
Jak zwykle, nie miałem przy sobie kluczy, a więc musiałem zaczekać, aż łaskawa pani się pośpieszy i w końcu otworzy mi cholerne drzwi do naszego i tak fatalnego mieszkania. Opierając się o betonową ścianę, obserwowałem jej obleśne migdalenie się z nowym facetem, którego również nie trawiłem. Był zbyt idealny i coś mi podpowiadało, że nie był wobec niej szczery. Nie sądziłem, że ktokolwiek by był, ale popełnianie ciągle tych samych błędów potrafiło doprowadzić do białej gorączki. Żałosne zachowanie.

- Mamo, kim jest ten pan?
- Nie interesuj się.
- Ale... mamo!
- Mówię coś do ciebie, gnojku! Wypierdalaj do swojego pokoju!

Niewyspany w końcu podniosłem te swoje cztery litery i powolnym krokiem skierowałem się w stronę łazienki, która, o dziwo, była otwarta. Umyłem pośpiesznie zęby, przemyłem twarz zimną wodą, niechlujnie poprawiłem fryzurę i wróciłem do swojej klitki się ubrać. Nim jednak zacząłem wybierać ciuchy, spojrzałem w stronę okna, chcąc cokolwiek dowiedzieć się odnośnie pogody. Jak na jesień, było całkiem przyzwoicie - nie lało, za zimno też nie było, co pokazywały mi stopnie na termometrze, który stał na parapecie. Nie zastanawiając się już dłużej, ubrałem potargane spodnie, białą koszulę, której to rękawy podwinąłem do łokci. Założyłem jeszcze kilka pieszczoch i bylem gotowy do wyjścia, choć czasu miałem jeszcze aż nadto. Posiedziałem więc chwilę w pokoju, nim z plecakiem zawieszonym na jednym ramieniu wyszedłem do kuchni się czegoś napić. Na moje nieszczęście matka siedziała przy stole i mamrotała coś pod nosem. Westchnąłem ciężko, czując ten nieprzyjemny smród, jakim było połączenie potu z alkoholem. 
- W-wody...
- Hm? - uniosłem głowę znad blatu. Matka miała półprzymknięte powieki i była blada, jak ściana. Z pewnością musiała przez całą noc wisieć nad kiblem, wołając mnie o pomoc. Aż się cicho zaśmiałem z genialnego pomysłu, jakim było spanie w słuchawkach. Święty spokój. Chwała Panu. - Sama sobie weź. 
- Taki z ciebie syn?! - krzyknęła, choć i tak mało co zrozumiałem przez jej głos, który ciężko było mi przyrównać do czegokolwiek. Zardzewiała wiertarka? Możliwe, lecz to jeszcze nie było tym, czym miało. Nieważne zresztą. 
- Najwyraźniej - oznajmiłem beznamiętnie i skierowałem się w stronę wyjścia z tego cuchnącego miejsca. 
Wyszedłem z mieszkania, mocno trzaskając przy tym drzwiami. I tak potrafiło być każdego ranka, co również wykańczało mnie nerwowo. Nie potrafiłem już wytrzymać i wszystko wokół traciło dla mnie sens. Nienawidziłem swojego życia.
Oczywiście, że wiele razy myślałem już nad tym, jakby to było zamieszkać gdzieś indziej, pójść na swoje, lecz to były nieco odległe plany. Ciężko było mi odłożyć na cokolwiek, gdy miałem tylko dorywczą pracę jako początkujący barman, który nie zarabiał kokosów. Musiałem nas utrzymywać, a marne alimenty, jak i pensja matki były przeznaczone tylko i wyłącznie na jej potrzeby w postaci alkoholu i dobrego seksu.
Rozejrzałem się dookoła i skręciłem w prawo, wchodząc na plac mojej nowej szkoły. Moim obowiązkiem było doniesienie dokumentów, o których zapomniałem poprzednim razem. Dlaczego zapisałem się do szkoły? Może nie wyglądałem, ale miałem naprawdę poważne plany odnośnie swojej przyszłości. Chciałem zostać kimś ważnym. Marzyło mi się pływanie w kasie, jak to robił Sknerus McKwacz - mój idol z dzieciństwa. Chciałem żyć w luksusie i niczym się nie przejmować. Nauka przychodziła mi łatwo. Nawet matma, która przez większość była uważana za samo zło, była dla mnie banalna. Zero problemów, same sukcesy, jeśli chodziło o życie w szkole, bo o te codzienne to cóż - szło mi dość marnie.
Zapukałem do drzwi pokoju dyrektora i wszedłem do środka. Przywitałem się z siedzącym za biurkiem facetem z brodą i przeszedłem do rzeczy, wyjmując pierw z plecaka, a później czarnej teczki brakujące dokumenty. 
- Dzwoniłem do pana w sprawie przeniesienia.
- Pamiętam - czułem jego wzrok na sobie, ale pozostałem niewzruszony. - Proszę, usiądź - gestem dłoni wskazał miejsce naprzeciw siebie, które oczywiście zająłem. Podałem mu koszulkę z dokumentami i rozsiadłem się nieco wygodniej. 
Dyskretnie rozejrzałem się po gabinecie, gdy dyrektor zagłębił się w lekturę tego, co mu przyniosłem. Beżowe ściany, szafki wypełnione jakimiś dyplomami, pucharami i innymi pierdołami dawały do zrozumienia, że to musiała być całkiem porządna szkoła. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ponieważ wybrałem tą najbliżej miejsca zamieszkania. 
- Masz całkiem niezłe wyniki - powiedział ze spokojem. Wtedy też spojrzałem na niego i wzruszyłem ramionami, gdyż doskonale o tym wiedziałem. - Możesz się już dziś rozejrzeć po szkole - dodał i odłożył plik kartek na bok stołu, a złączone ze sobą dłonie położył na biurku i przyjrzał mi się dokładniej. Nic nie mówiąc, wstałem i wyszedłem z gabinetu. Nieco się zdziwiłem, że nie przydzielił mnie jakiemuś nauczycielowi, ale to najwyraźniej był jakiś rodzaj testu bądź też brak kultury.
Westchnąłem głośno i włożyłem dłonie do kieszeń spodni. Akurat zadzwonił dzwonek, więc nieznacznie się uśmiechnąłem. W końcu mogłem zobaczyć bandę dzieciaków, z którymi miałem uczęszczać na zajęcia. Dupy były tutaj niezłe, ale bardziej zdziwił mnie fakt, że życie szkolne było takie na luzie. Uczniowie mieli swoje mundurki, a przynajmniej jego część - dziewczyny nosiły kraciaste, zielono-czarne spódniczki i swoje dodatki, a faceci czarne spodnie, jakąś koszulę i krawat z charakterystycznymi kolorami dla tej placówki. Nic nadzwyczajnego.
Nie zwróciłem większej uwagi na przepiękne niewiasty, które minęły mnie przed drzwiami jednej z sal, w której zapewne powinienem mieć zajęcia. Skąd jednak miałem wiedzieć, do jakiej to klasy zostałem przydzielony? 
Przerwa nie trwała długo, bo już po pięciu minutach zadzwonił kolejny dzwonek. Wzruszyłem bezradnie ramionami, zaraz też poprawiając plecak, który by to prawie wylądował na podłodze. Nie zdążyłem się dowiedzieć tego, co chciałem, lecz czego tak naprawdę oczekiwałem? 
Ze znudzenia zacząłem szukać łazienki, która, jak się później okazało, znajdowała się na końcu tego samego korytarza. Drzwi do niej były uchylone, także miałem zaszczyt usłyszeć fragment dość nieprzyjemnej dla mego ucha rozmowy. Nie chciałem angażować się w jakiekolwiek konflikty, ale nie miałem wyboru. Inaczej gryzłoby mnie sumienie, że nie pomogłem chłopakowi, który to znalazł się w potrzasku. Jednak ludzie... obciąganie w szkole? I to jeszcze z przymusu? Nie przesadzajmy. Istnieją od tego znacznie lepsze miejsca, a tutaj można było zostać złapanym przez nauczyciela czy nawet sprzątaczkę. Tym panom brakowało rozumu. 
Po chwili namysłu stwierdziłem, że moja gadka o sumieniu nie miała sensu. I tak miałem wywalone. Zniknąłem więc w jednej z kabin, nie zwracając nawet uwagi, czy któryś z nich mnie zauważył. Oparłem się o ścianę i choć nie chciałem, tak byłem zmuszony do słuchania tych żałosnych jęków niby to rozkoszy, niby rozpaczy. Obrzydlistwo. 
Kiedy odgłosy ucichły, odczekałem chwilę, po czym leniwym krokiem wyszedłem z pomieszczenia. Podszedłem do umywalek i umyłem ręce. Pozory musiały być. Ciszę zagłuszała jedynie woda, którą spłukiwałem dłonie. Ukradkiem zerknąłem w lustro i zobaczyłem, jak chłopak, który wcześniej dominował, stał oparty o parapet i bacznie mi się przyglądał. Wyglądało to tak, jakby na mnie czekał.
Wzruszyłem ramionami i zakręciłem kran. Otrzepałem dłonie o swoje spodnie i poprawiłem grzywkę, która co chwilę opadała mi na oczy. Jednak nie miałem zamiaru sięgnąć po nożyczki, by ją ściąć. Nie było takiej opcji. 
Chciałem już wyjść z tego śmierdzącego miejsca i pójść zobaczyć resztę szkoły, ale chłopak mi w tym przeszkodził.
- Już wychodzisz? 
- Nie można? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie. W końcu kto pytał, ten nie błądził i prowadził podczas rozmowy. Łatwiej zapytać, niż odpowiedzieć.
- Oczywiście, że można - powiedział z przekonaniem i nim się spostrzegłem, stał już obok mnie. Był wyższy, a jego ciemne oczy przeszywały na wylot. Trochę dziwnie się poczułem.
- Sorry, ale muszę iść - powiedziałem i go ominąłem. Cholernie jechało od niego fajkami. 
- Dobrze, do zobaczenia później - uniosłem brew i trzasnąłem drzwiami. Ten facet był dziwny. Potrząsnąłem głową i poszedłem przed siebie, zwiedzając szkołę. Natknąłem się nawet na kilku wagarowiczów, z którymi trochę pogadałem i podowiadywałem się nowych rzeczy. Pierwsze wrażenie? Całkiem spoko.
Robotę skończyłem przed dwudziestą drugą. Udało mi się wyrwać wcześniej, dzięki czemu zdążyłem na autobus. Jak zwykle, matki w domu nie było. Nawet żadnego listu nie zostawiła. Nie powiedziała gdzie idzie, z kim i kiedy miała zamiar wrócić. Dobrze wiedziałem, że była dorosłą kobietą, w dodatku moją mamą, ale jak na swój wiek zachowywała się gorzej, niż dziecko. Brak odpowiedzialności. Nic ją nie obchodziło. Miała wszystko gdzieś. 
Rozpuściłem włosy i rzuciłem się na łóżko. Byłem zmęczony, ale cholernie się cieszyłem. Zbliżał się koniec miesiąca i już następnego dnia miałem dostać upragnioną wypłatę. Mimo, że się przeprowadziliśmy, pracy nie musiałem zmieniać. Miałem do niej nieco dalej, niż wcześniej, ale to akurat nie było dla mnie problemem. Nie chciałem znowu zaczynać od początku. Nie miałem nawet na to czasu. Kasa była mi potrzebna.
Nie wiedziałem, co robić. Nie potrafiłem zasnąć, a za oknem było już ciemno. Poleżałem jeszcze chwilę, ale kiedy po raz kolejny doszedłem do wniosku, że nie dam rady zasnąć, wstałem z łóżka i po zabraniu kurtki, wyszedłem z domu. Nie chciało mi się samemu siedzieć. Lubiłem towarzystwo, ale odkąd zacząłem się ciągle przeprowadzać, przestałem nawiązywać nowe znajomości. Na nic były mi one potrzebne, skoro po pół roku znowu musiałem się przenieść. Wolałem być samotny, niż powodem cierpienia mych najbliższych. To nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie w taką.
Usłyszałem, jak ktoś kopnął puszkę. Zerknąłem do tyłu, a kiedy zobaczyłem za sobą gromadę facetów i ich spojrzenia na sobie, zatrzymałem się i odwróciłem.
- Wow - powiedział jeden. Spojrzałem na niego dziwnie. Był mniej więcej mojego wzrostu, ale o wiele grubszy. Co, jak co, ale jak na swój wiek i wzrost byłem zdecydowanie za chudy. Ktoś mi nawet powiedział, że gdybym miał jeszcze porządny biust, to mógłbym śmiało przypominać kobietę. Prawie w to uwierzyłem. 
- Ty jesteś tym nowym dzieciakiem? - spytał kolejny, przez co przeniosłem na niego wzrok. 
- A nawet jeśli, to co? - spytałem, wyjmując dłonie z kieszeni kurtki. 
- Mamy interes - powiedział następny. Dopiero po chwili zauważyłem, że było ich z pięciu. Jednak zamiast wymyślić jakąś drogę ucieczki, zacząłem się zastanawiać, co to za interes. - Seul to spore miasto, zresztą sam powinieneś o tym dobrze wiedzieć. Bogate mieszkania, ciuchy, auta, sporo kasy - zaczął wymieniać, przez co zacząłem wszystko rozumieć.
- Sorry, ale nie - oznajmiłem z przekonaniem.
- Nawet nie zaczęliśmy.
- Nie obchodzi mnie to.
- Słuchaj, młody.
- Przeszkadzacie mi.
- My tobie? - zakpił jeden z nich. Był najwyższy i to właśnie on próbował ze mną zrobić interes. Niestety, coś mu nie wyszło. Zaśmiał się. Niestety, na dobre mi jednak nie wyszła ta cała przepychanka słowna.
Przyłożyli mi. I to tak porządnie. Rozwalili nos, rozcięli wargę i brew. Skopali i zostawili pod bramą jakiegoś domu, pod którą półleżałem z dobrą godzinę. Może i potrafiłem się ruszyć, ale nie chciało mi się. Nie widziałem sensu w powrocie do domu. Matka by mi tylko dołożyła więcej siniaków. 
Po jakimś czasie siedzenia pod bramą, usłyszałem kroki i skądś znajomy mi głos. Uniosłem głowę i spod półprzymkniętych, zakrwawionych powiek spojrzałem na wysokiego chłopaka, który się przede mną zatrzymał. Przyjrzał mi się, po czym podał dłoń. Nie skorzystałem. 
- Nie potrzebuję twojej pomocy - syknąłem cicho, kiedy chciałem się podnieść. 
- Chyba jednak potrzebujesz - posłał mi uśmiech. Kiedy znowu nie skorzystałem z jego oferty pomocy, złapał mnie i podniósł do pionu. Przekląłem pod nosem, kiedy poczułem, jak zaczęło mi szumieć w głowie. - Ktoś się tu nabawił niezłych siniaków - zaśmiał się i poklepał mnie po obolałym ramieniu. Westchnąłem zrezygnowany i starłem z twarzy wciąż cieknącą krew. - Chodź - dodał nieco poważniej i pociągnął mnie za sobą. 
- Sorry ziomek, ale - wymamrotałem, nie dając rady skończyć swojej wypowiedzi. Towarzysz ponownie na mnie spojrzał i się nieco uśmiechnął. Ciężko było mi stwierdzić, czy to był uśmiech pogardy a może chorej satysfakcji, że mimo wszystko właśnie teraz byłem od niego zależy. Właśnie teraz.
O dziwo, nie skomentował moich słów. Dumnie użyczał swojego ramienia, mocno trzymając mnie w pasie, bym jakoś mógł dotrzeć do jego mieszkania. Przynajmniej tak mi się zdawało.
Chwilę później znaleźliśmy się przed zaniedbanym blokiem. Nawet nie dał mi zaprotestować, wciąż pomagając, gdy napotkałem się z kolejnym problemem, jakim były schody. Przez zawroty głowy nie potrafiłem samodzielnie dostać się na trzecie piętro. 
- Powiesz mi, co się wydarzyło? - spytał mniej kpiąco, gdy przekręcił klucz. Postanowiłem nie odpowiadać z oczywistego powodu. Nie chciałem interwencji. Byłem samowystarczalny. Przynajmniej tak właśnie sobie wmawiałem, bo gdy postanowiłem w końcu wejść do mieszkania chłopaka, poczułem się jakoś inaczej. Zaniedbany z zewnątrz budynek nie świadczył o burdelu w jego pokojach. W dodatku te rodzinne obrazy, które zdobiły brązowe ściany korytarza, wywołały na mojej twarzy znikomy uśmiech. Wywnioskowałem, że to była jego rodzina. 
- Usiądź - polecił uczeń jednego z lepszych liceów w mieście, pomagając mi zająć miejsce na miękkim, odzianym w czarną pościel łóżku. Podziękowałem skinieniem głowy i tym razem rozejrzałem się po plakatach. Słuchał cięższej muzyki, nie przepadał za polityką i chyba miał wywalone na kobiety. 
Nim się spostrzegłem, poczułem mokry wacik na swoim czole. Sekundę później zaciągnąłem się spirytusem, który chcąc nie chcąc dotarł do mych nozdrzy. 
- Dlaczego? - zapytałem krótko, wciąż cicho, nie mając ochoty na rozmowy. Nie oznaczało to jednak, że nie zamierzałem poznać powodu, dla którego została mi udzielona pomoc. Najwidoczniej do tego nie przywykłem. 
Nie pamiętam, czy odpowiedział. Musiałem odpłynąć i następnego dnia obudzić się już w swoim łóżku, czego do teraz nie potrafię wytłumaczyć. 
Minęło kilka dni, nim ponownie pojawiłem się w szkole. Czułem się nieco dziwnie, bo chłopak, którego imienia nie poznałem, wydawał się być coraz bardziej w porządku. Pomagał mi z chodzeniem, podawał jedzenie do stołu, wcześniej nabierając je na tacę przy ladzie. Udawałem obojętnego, nie chcąc nawiązywać nowych znajomości. Nie chciałem znów cierpieć. Wolałem być sam i co więcej, ta sytuacja w toalecie z pierwszego dnia w szkole wciąż nie dawała mi spokoju. Dodam, że nie potrafiłem zasnąć. Ciągle myślałem i zastanawiałem nad tym, co się wydarzyło.
Wróciłem do starego hobby. Powróciłem do rapu i zacząłem się czuć coraz lepiej. Nie myślałem już o potworze, który czekał na mnie w domu, który tylko mnie poniżał i pokazywał, że jestem nikim. Wciąż jednak nie miałem odwagi poznać nowych ludzi mimo, że Seunghyun próbował mnie do tego przekonać. I tak, właśnie tak nazywał się mój wybawiciel - Choi Seunghyun. Nie zdradzę, jak poznałem jego imię. Nie chcę się jeszcze bardziej pogrążyć. Ale powiem, że czułem się przy nim bezpiecznie. 
Rozmawialiśmy głównie o mnie, w jego mieszkaniu, kawiarni i bibliotece. Razem się uczyliśmy, chodziliśmy do kina i na wystawy. Choi potrafił mnie obronić przed wszystkim i był przy mnie zawsze, gdy tego potrzebowałem. Byłem bezpieczny. Przestawałem być obojętny. I stało się coś, czego się nie spodziewałem. Męczy mnie to do dnia dzisiejszego. 
Nie wiedziałem, co miałem zrobić ze swoim życiem, bo niby wszystko było już w porządku, a jednak wciąż mi czegoś brakowało. Długo nie wiedziałem czego, ale po kilku tygodniach rozłąki z starszym chłopakiem w końcu zrozumiałem, co to było. Teraz nie jest mi to wstanie nawet przejść przez gardło. Próbowałem, ale nie potrafiłem. 
Po kolejnym, wręcz nudnym dniu w szkole, jak zwykle, wróciłem do domu. Jakie to było moje zdziwienie, gdy przed jego drzwiami znalazłem czerwoną kopertę z listem. Uniosłem brew, gdy przeczytałem dane nadawcy. Przełknąłem ślinę i chwilę mi zajęło wejście na górę, do swojego pokoju. Choć jeszcze wtedy nie przeczytałem listu. Nie wiedziałem, co powinienem postąpić, bo się po prostu nie potrafiłem na tym skoncentrować. Mogłem przeczytać i dowiedzieć się, czego chciał ode mnie ojczulek, który sobie nagle o mnie przypomniał. Ale Seunghyun był ważniejszy. Zacząłem chodzić po pokoju i rozmyślać. 
Nieco się przestraszyłem, gdy usłyszałem trzask w okno. To był on. To był Seunghyun. Wręcz podskoczyłem do okna, by je otworzyć i go wpuścić. Oczywiście, że tak robił. Nie chciał konfrontacji z moją rodzicielką, która z każdym dniem robiła się coraz mniej znośna. Nie potrafiłem z nią wytrzymać. 
Przywitał się ze mną, czochrając włosy, jak to miał w zwyczaju. Westchnąłem i usiadłem obok niego na łóżku. Gdy zapytał mnie o kopertę, nie odpowiedziałem. Wtedy zaczął mi opowiadać swoją historię, która mu się ostatnio przydarzyła. Wsłuchałem się tak, jakby opowiadał bajkę. Był w tym naprawdę dobry. Nie sądziłem, że aż tak dobry, wręcz niesamowity. 
Po jego historii, nabrałem odwagi do powiedzenia czegoś, co tak długo siedziało mi w gardle, co tak bardzo mnie dusiło. Moja duma nie była wtedy najważniejsza, bo to właśnie on, Choi Seunghyun, był w centrum uwagi. Musiałem się w końcu dowiedzieć, czy te uczucie było prawdziwe. Po prostu musiałem wiedzieć i przestać się dłużej męczyć. I gdy już otwierałem usta, ten sięgnął po kopertę. Dziękuję ci, kimkolwiek jesteś, że do tego doprowadziłeś. Uratowałeś mi tym życie i sprawiłeś, że powróciłem do normalności. Przestałem być naiwny i wrażliwy na słowa Seunghyuna. Ale to nie za sprawą tego, co było w kopercie.
Postanowiłem skorzystać z propozycji i wyjechać do Nowego Jorku. To właśnie tam mieszkał mój ojciec, który obiecał mi nowy start. Wysłał bilet, grube pieniądze i dokładny adres, pod którym powinienem się udać po przyjeździe. I zrobiłem to. Odważyłem się i postawiłem na lepsze życie, daleko od chorej psychicznie matki. I do tego wszystkiego namówiła mnie osoba, w której się zadurzyłem. 
Zapukałem do drzwi. Poprawiłem torbę na ramieniu i odetchnąłem, stojąc przed ogromną posiadłością miliardera. Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałem staruszka w dobrze skrojonym garniturze. Przywitał mnie, odebrał bagaże i zaprowadził do pokoju, w którym miał na mnie czekać ojciec. Nie ukrywałem, że czułem się zagubiony. Byłem też wściekły, że przez tyle lat męczyłem się w burdelu, gdy on, mój własny ojciec, mieszkał w takich luksusach. Postanowiłem to jednak zostawić za sobą. Musiałem to ogarnąć i jakoś namówić ojca, by i pomógł Seunghyunowi. Chciałem, by też się tutaj przeprowadził, byśmy w końcu byli razem. 
Myślałem, że miałem zawał. Nabrałem głęboko powietrza i wkroczyłem w głąb salonu. Nie zadałem durnego pytania o obecność chłopaka w białych włosach, o Seughyuna rzecz jasna. Siedział sobie przy kominku, popijając zapewne jakieś drogie whisky. Mimo, że moje serce biło, jak szalone, postanowiłem jednak pozostać obojętnym. W końcu byłem na tyle inteligentny, że zacząłem coś przeczuwać. 
Za drugich drzwi wyszedł ojciec. Przywitał się ze mną uściskiem dłoni i wskazał miejsce tuż obok osoby, która zawładnęła moim sercem. Do teraz nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że wybrałem mężczyznę, a nie kobietę. Byłem kiepski w okazywaniu uczuć, ale żeby aż tak komplikować mi życie? Popieprzone. A jeszcze bardziej było popieprzone to, że zakochałem się w własnym bracie. Choi Seunghyun okazał się był moim rodzeństwem tyle, że z innej matki. 
Przez długi okres czasu nie potrafiłem tego pojąć. Nie zwracałem nawet uwagi na ojca, bo wciąż byłem zapatrzony w brata, jak w najświętszy posąg. Próbowałem znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, ale z każdym dniem było coraz gorzej. Przestałem sobie radzić, a moje serce sprawiało coraz więcej problemów. Starałem się sobie wmówić, że to braterska miłość, że się pomyliłem, ale... nie potrafię sobie wmówić kłamstw. Nigdy nie potrafiłem, bo nienawidziłem oszustów. Tak cholernie się nimi brzydziłem, że pewnego dnia nie potrafiłem spojrzeć na siebie w lustrze. Okłamywałem samego siebie i w tym Seunghyuna. Nie powiedziałem mu o swoim uczuciu, postanawiając go zakopać głęboko w sobie i nie pozwolić na wyjawienie prawdy. Starałem się zachowywać, jak dawniej, jednocześnie korzystając z praktyk w firmie ojca. Miałem zostać dyrektorem do spraw finansowych, ale wcześniej księgowym, co by nie było, że miałem łatwiej w życiu. Musiałem zapracować na swoje, do czego pretensji nie mam. Akurat takie podejście bardzo mi odpowiadało, bo mogłem w ten sposób udowodnić swoją wiedzę i umiejętności. Byłem zajebisty z matematyki i miałem to zamiar wykorzystać w swojej niedalekiej przyszłości. Poszedłem na studia matematyczne i jakoś tak z czasem zacząłem pojmować prawdziwy sens życia.
Nigdy nie powiedziałem o tym, co czułem. Grałem wybitnego syna, świetnego brata, tego młodszego, choć jednak lepszego i bawiłem się przy tym świetnie. Oby tak dalej.